Z garnkiem wrzątku

Z garnkiem wrzątku

Z garnkiem wrzątku i nalał do kubków. Udało mi się — powiedział Kurzawa w chęci usprawiedliwienia. — Ale chyba i tutaj zdarzały się ucieczki? Po co? — parsknął Szpakowski chwy­tając kanapkę z łososiem. — Taka Kanada... Korwin-Makowski rzucił na niego wście­kłe spojrzenie. Żak znowu zachichotał złośli­wie. Krygier błysnął okularami i otworzył niewielką puszkę kawy Nestle\'a. Nie raz próbowano ucieczki — wtrącił Dąbecki z uśmiechem. — Choćby podkop w bloku G... Co to? — zdziwił się Szpakowski. — Kawa w proszku? W proszku — potwierdził Turek, który siedział dotąd zaspany i osowiały. — Kawa w proszku, mleko w proszku, jajka w prosz­ku... I ludzie w proszku — dodał Żak. Nie udała się ta ucieczka? — dopyty­wał się Kurzawa. Nie — westchnął Marianek. — Wyszli za drutami wprost na Niemców. Ktoś syp­nął. Porucznik Jakowiecki zrobił sobie nie­miecki mundur i wyjechał na rowerze za bramę — wtrącił Dąbecki. — Dotarł do Je­ziora Bodeńskiego i widział Szwajcarię. Zła­pali go na brzegu. Krygier częstował camelami. Szpakowski rozparł się na stołku i zaciągnął mocno. — Klawo tu u was — westchnął. — Że też jest jeszcze takie miejsce na tym zas globie... Korwin-Makowski zamienił spojrzenie z Dąbeckim. Obaj zesztywnieli. Naprawdę nikt stąd nie uciekł przez te pięć lat? — pytał dalej Kurzawa. — Słyszałem, że w innych obozach... Uciekł porucznik Zawistowski z naszej drużyny — powiedział uroczyście Korwin- Makowski. — Odziedziczył pan po nim pry­czę, panie poruczniku Kurzawa. Ą jak uciekł? — zapytał Kurzawa. Nie wiadomo — stwierdził sucho Kor­win-Makowski. — Zniknął. Niemcy prze­trząsnęli cały obóz. Kamień w wodę. To był świetny oficer. Stal, nie człowiek. Jest już na Zachodzie. Cwaniak — westchnął Szpakowski obżerając się biszkoptami. Uratował honor obozu — uśmiechnął się Kurzawa. Musiał uciekać — wtrącił niechętnie Żak. — Zamęczyliby go w koncentraku. W trzydziestym dziewiątym roku był do­wódcą plutonu w Bydgoszczy. Niby mordo­wał Niemców. Ktoś go sypnął. Znowu zapanowała cisza, tylko Szpakow­ski mlaskał hałaśliwie. Tłustawy porucznik Pędziszewski wpatrywał się chciwie w oca­lałe kanapki. Wyciągnął nieśmiało rękę, ale natychmiast ją cofnął pod żelaznym spoj­rzeniem Korwin-Makowskiego. Panowie nie jedzą? — zapytał Kurza­wa. Nie — odparł Korwin-Makowski. — My po kolacji. To dla was. Pędziszewski uśmiechnął się żałośnie. Tu­rek poprawił chustkę i sypnął do kubka ko-piastą łyżkę kawy. — Porucznik Zawistowski nikogo nie mor­dował — powiedział Dąbecki. — Był wzoro­wym oficerem i świetnym kolegą. Mocny charakter. I prawy człowiek — dodał Marianek. Inne było z nim życie — dodał Pędzi-szewski. — Szkoda go. Szkoda? — zapytał pogardliwie Kor­win-Makowski. — Obowiązkiem oficera w niewoli jest ucieczka. On jeden pokazał... Ja bym stąd uciekł nie z obowiązku oficera — wtrącił Żak. — Po prostu wytrzy­mać nie można. Prosiłem pana, żeby pan do mnie nie mówił, panie poruczniku Żak — odparł ostro Korwin-Makowski i odwrócił się do Żaka tyłem. Ten wstał gwałtownie od stołu. Drżącą ręką chwycił metalowe pudełko playersów. Między pryczami, pod ścianą, stała budka z tektury, zadrukowanej angiel­skimi napisami i godłami Czerwonego Krzy­ża. Żak odsunął ostrożnie ściankę. W środku stał miniaturowy stoliczek z dykty; przy filiżance leżała otwarta książka; z tekturo­wego sufitu zwisała na kablu żarówka. Żak nalał wrzątku do filiżanki, dokręcił żarówkę, która zabłysła jasnym światłem, i ostrożnie usiadł na stołku. Wypełniał całą wolną prze­strzeń, jak lalka w pudełku. Po chwili za­mknął ostrożnie ściankę. Przez szpary prze­nikało światło. Szpakowski spojrzał

Poprzedni - Pa­nowała tu jasność
Następny - Na Ku­rzawę i

Strony pokrewne